Czarek Samuel K.

sobota, 11 grudnia 2010

Hieronim Korcz






   Hieronim Korcz wyszedł z siebie, nieważne powody, stało się. Zresztą zaskoczony faktem wyjścia o powodach natychmiast zapomniał. Stał tak obok, przyglądał się sobie i myślał, co u niego zwyczajowo trwało parę chwil. Tak, czy inaczej z daleka widać było lepiej.
   Potem Hieronim Korcz spojrzał sobie głęboko w oczy i wtedy zachwycił się. Postanowił niezwłocznie wracać i jakoś spożytkować ten niezwykły czas zauroczenia i namiętności.





 

piątek, 10 grudnia 2010

wiersz o chłopcu kopiącym w brzuch dziewczynkę i o kołyszącym się śnie






Pod pokrytą kurzem pajęczyną słońca
dziewczynka trzyma lalkę
w kołyseczce kolan
chłopiec w pięść okręca
warkocze piasku
kopie dziewczynkę w brzuch wypchany
pieluszkami dla lalki
a w prostokątach okien
płaczą poprzyklejane do szyb
czarno białe zdjęcia dorosłych

Chciałbym wiedzieć o sobie tyle
ile wie o mnie ten chłopiec
który jest we mnie
nawet wtedy gdy o nim nie śnię
chłopiec który kopie dziewczynkę
w brzuch wypchany pieluszkami dla lalki
chciałbym wiedzieć przynajmniej to
co zrobi
kiedy przestanie się bawić
strapiony smutkiem w oczach dziewczynki

A tak naprawdę
to chciałbym zdążyć wziąć w usta
tę najtrudniejszą frazę
zanim zachłysnę się moją krwią
zanim mój dom straci oddech
i chłopiec z litości uderzy mnie w krtań
znalezionym gdzieś kijem świtu
a dziewczynka wreszcie wyrzuci lalkę
zacznie się uśmiechać i tańczyć zwiewnie

Na razie mijamy się codziennie
w oknach nadal płaczą
czarno białe zdjęcia dorosłych
a chłopiec zajęty jest kopaniem dziewczynki
w brzuch wypchany pieluszkami dla lalki
udajemy radosne zdziwienie
rozpoznając się nagle
nie jesteśmy sami
możemy po ciężkim dniu
spoczywać głęboko w sobie
aż do świtu czuję tylko swoją krew
w swoich żyłach
słyszę szept swojego głodu
nie podnosząc wzroku mówię cicho
- moja prawda nie zmieniła parametrów
i nadal
pozostaję tylko ruchomym celem
w kołyszącym się śnie




czwartek, 9 grudnia 2010

wiersz o chłodnych rękach






Spal bracie
wszystkie te mieszkające w naszych ustach
wschody i zachody
ten czerwieniejący coraz horyzont
który gra nam w piersiach
gdy podnosimy twarze
zrównoważeni spokojni i pogodni
niech nie braknie ci bracie
oddechu w płucach
teraz
kiedy dochodzisz do wniosku
że słowa
to tylko słowa
i twój najlepszy niepokój

Spal bracie
wszystkie te nasze w gestach
hołdy i wzgardy
ten narastający coraz
bolesny poemat
który świeci nam w oczy i oślepia
ten zgrzyt
który nie cichnie
jakby już zastąpił wszystkie szepty krzyki i rozmowy
niech nie braknie ci bracie
cierpliwości

Pamiętasz jak pochylając się nade mną
pytałeś cicho
jak to jest naprawdę
z tym otwieranym każdej nocy niebem
z tym powietrzem
które dławi
spal bracie to powietrze
niech ci nie braknie odwagi
poranki są już teraz chłodne
ogrzej ręce przy ogniu





środa, 8 grudnia 2010

ostatni wiersz o miłości






Tłukąc łbem o ściany świata
w zbyt mało bolesnym manifeście winy
karząc innych sobą
nagradzany innymi
zamyślam co wziąć z siebie na dalszą drogę
może trochę muzyki
by nie mylić kroku

Kochasz więc będziesz oszukana jutro
jesteś kochana – więc oszukasz dzisiaj
gdy wymyślano miłość
z braku lepszych rzeczy
to u źródeł wyległa nieprawda najczystsza
gdy odkłamać ją chcemy
zwiedzeni instynktem
w przeciwległe kłamstwo pędzimy na oślep
i tylko między znaczeniami
jest troszkę wolności

Chciałbym się z tobą rozstać
jak rozstaja się aniołowie
w prawych dłoniach miecze
w lewych gałązki oliwne
ale bardziej chciałbym
nie chcąc niczego
twojego śmiechu śmiechu śmiesznego
śmiechu płaczącego
najmilsza




wiersz o drzewie i o widnokręgu








Jestem jak drzewo
co samo odziera się z liści
zostają dziury w niebie
spadające w trawę
rdzewiejące jak samobójcze rany
w oczach
pień jak czarny piorun
rozwidlony w chmurach
niewidzialnym czarnym gromem
ukorzeniony w ziemi
drzewo kwitnie w niebie
ziemia zaś rodzi jego owoc
człowiek idzie po niebie
głowę daje ziemi
ludzie go krzyżują do góry nogami
niweczą

Ktoś zawsze za nami
z chmurą wieńców na karku
w niego uderza piorun
i wiatr o tępym ostrzu
wiodą go na powrozach spojrzeń
zawracają wstecz
hamują w odwrotach

Ktoś zawsze przed nami
choćby był już martwy
to wezmą go na ramiona
i będą nieść przed innymi
jak chorągiew
która odsiewa z ostrza wiatru 
ziarno kul od plew łusek

Rozwleką mnie po swoich ziemiach
bo każdy chce mieć
coś drugiego
- komin z natury jest dziurawy
żyje tylko wtedy
gdy dym z niego wchodzi w niebo
a umiera
gdy ptaki w nim wiją gniazda
więc łupię szczapy na bierwiona
bo każdy
chce mieć więcej siebie
nawet rozwleczonego po cudzych ziemiach

Jestem skończony w innym człowieku
więc kończą mnie
stateczni w sobie
zadbani w hierarchicznych gestach
zawsze znajdzie się ten
co skróci życie innemu
ludzkim gestem
wklejonym w twarze chodziarzy
dwie równoległe przecinają się jednak
w nieskończoności

Myślę dość często o śmierci
teraz klepię ją po chudym ramieniu
otwarty drzwiami swoich win i kary
na oścież
znów się zamykam uporem
krzyczę na różę wiatrów
odwiany do cna przesiany
i niedoczekanie biorę
za swoja mądrość
a grabarz pyta mnie o zdrowie
odpowiadam twarzą rytą w pniu
że nie da się na mnie wyklepać
kosy widnokręgu






wiersz o podłodze z zardzewiałymi gwoździami i o braku siły




Najprostsza lichota jest istotą
sednem
wynosi się ją ponad wszelką lichość
tajemnica wielkich
w odruchach ich odwłoków
potem pyszni się
w sensie i logice
tak co małe wielkością się gnoi
i wisi potem na suchej gałęzi
na publicznym widoku
jako skazaniec

Zdychanie nie jest sztuką
a to wielka szkoda
bo tylu by artystów wielkich
urodziła wielkość
upadek nie jest zdradą
a to już pociecha
konających w przeszłości
odkupionych zapłatą
więc zostanę przy sile
czyli jej nie zmogę

A kiedy wycieknie ze mnie owa siła
wstąp we mnie
wstąp nie po drodze
ubierz się w szaty godowe
ręką mnie zatamuj
kiedy będę przelewał się przez palce
aż wolna wykrzyczysz siebie
tożsama z najbardziej godną szatą
wstąp we mnie siłą
wstąp nie po drodze

Podniosę ciebie do ucałowania
jak okruch chleba z głodowego stołu
podniosę spojrzeniem wysoko
by oślepło słońce
i padło spłaszczone
podniosę ciebie do umiłowania
jak podłogę pustą
z gwoździami rdzawymi
podniosę siebie do ciebie
w szacie niegodnej
i oślepniemy w innych w słonecznym rozpadzie


erotyk






oparłaś się plecami o niebo
zagarnęłaś ziemię pod piersi
wiatr cię wyciął ze światła
włosami przywiązał do urwiska
dopadłem do ciebie skurczami serca
podesłałem miękki cień cedru
rozkołysały się trawy podniebne
a w twoich oczach stężały żyłki srebra
w twoich oczach niezawisłych i wolnych
pode mną




 

wtorek, 7 grudnia 2010

wiersz o rozstrzelanych






Z utraty miłości narodzi się inna
tak jak zgubienie rozumu 
wróży inną mądrość
z zatracenia w chaosie
czynimy porządek
gdy stracimy się sami dla siebie 
to można tylko uśmiech obnosić
jak afisz do cyrku
ściągający tłumy
wierne tłumnym prawom
i można walczyć na uśmiechy
nawet z salwą śmiechu
rozstrzelanych nią liczyć i dzielić i mnożyć
tylko ten jeden język 
zostanie nam wówczas
ten jeden rachunek do wyrównania




poniedziałek, 6 grudnia 2010

wiersz o niebie i o psie






Kto wierności szuka niech zmieni się w psa
kto uwierzył w miłość niech wstąpi do nieba
tam niczego nie ma a wszystko niczym się staje
jednak kto wierny sobie temu pies i niebo
na równi zawyją zamienieni w siebie
więc kiedy nic już nie ma
wówczas czekam na wszystko
daj mi Boże doczekać zbawienia od siebie
daj mi Boże nie być ani psem ani niebem



niedziela, 5 grudnia 2010

wiersz o dłoniach






Moja archeologia
gdzieś pod wydmami z powietrza
to jakby twoje dłonie
gdzieś we mnie
kiedy zamkną rozkosz

Genealogia moja w dębach na Kazimierzu
którejś zimy wyciętych na opał
nie wielbię się w czerni w rozstaniach
ani w olśnieniach
żaden cieśla Józef
nie zwiastował mnie żadnej Marii

Moja genealogia i tak
pójdzie w świat z torbami
i tak w niej zioła krwawnika
rumianek i płatki maku
jak w kamieniu odciśnięty zapis na palcach
jak w popiele




sobota, 4 grudnia 2010

wiersz o księżycowym rożku






Wielki garbaty krawiec
w najlepsze szyje mi najlepszy garnitur
wielki spocony grabarz
kopie skrzydłem szpadla dla mnie
wielki kowal wykuwa kilkadziesiąt gwoździ do trumny
wielki murarz muruje
cuchnący pleśnią i bezdomnymi grobowiec

Ja mam dość
czarny piach przegryza moje serce
moje ablucje czyni w misce słońca
w łódeczkach okularów
mnie kłamstwa przynosi
a ja mam
swój księżycowy rożek
i z niego pianą kpin umywam od tego ręce

Ja niezbyt wielki
wychodzę czasem na spacer
wymiauczeć kocie łby bruku
ja nazbyt niewielki
małe moje czyny padają w otchłanie
bo im swoich niewielkich prawd
nie udzieliłem
ten spacer wiesza mi wrota rąk na szyję
niczym jakiś archanioł
żeby głaz zdjąć z grobu.
idę gęsiego
zmartwychwstać pośpiesznie




piątek, 3 grudnia 2010

wiersz o człowieku któremu zdarzyła się miłość






Tamtemu człowiekowi zdarzyła się miłość
to z miłości za mocno wychylił się
z okna na piątym pietrze
gapie czekali na przeżycie jego odwagi
którą brali wciąż za swoją
i rozpostarli prześcieradła
dziurawe żądze swoich namysłów
a tamten człowiek któremu zdarzyła się miłość
zmienił okno
i nie trafili
przykryli go więc bielą litości nad sobą
- oburzonym tłumem
potem rozgrzebywali ziemię
szukając guzika od portek
tamtego człowieka któremu zdarzyła się miłość
a prześcieradło zawsze się przyda
na miłosną krew
albo na całun




czwartek, 2 grudnia 2010

wiersz o stwarzaniu świata






Odciąłem sobie wszystkie drogi
jak odcina się żyły od tętnic
chciałem zostać sam w sobie ze sobą
oderwać zębami skutek od przyczyny
przyczynę od skutków
i może była to właściwa pora

Stanęłaś przy mnie
nigdy bezpowrotnie
jak igła światła
i zeszyłaś żyły w błękitną ich siatkę
połączyłaś
więc wstałem z prześcieradła
pośród zapalonych kamieni
a ty trzepotałaś w sieci moich żył
wszystko przez wszystko
i nic przez nic
i nic mimo

Odciąłem swoje wszystkie myśli
chciałem sam z tobą zostać
oderwać niebo od światła
jak zeschłą farbę od sufitu

Nie opadły nasze pocałunki
jak lichy tynk ze ściany
bo ich jeszcze nie było
ale odpadły gesty miłości
skutki i przyczyny
zostały żywe deski podłogi
do chodzenia
i żebra na ścianie a w nich oddech
ja i ty




środa, 1 grudnia 2010

krótki wiersz o miłości






Tyle razy rwało się
noszenie tych ogniw w rękach
już tylko zdolnych do pożegnań
tyle razy
że teraz myślimy jak cofnąć dotknięcia
żeby nie bolało
żeby zachować zdolność
do prób nieuniknionych
bo kiedyś ostatnich





poniedziałek, 29 listopada 2010

wiersz o gwiazdach






Niegdyś się stało
nawet nie wiem kiedy
w powietrzu bez barwy
w wiatraku słońca
tak szybko obrotnym
że bez ruchu się stało wirujące
na oślep

Więc nabrałem do woreczka
trochę ziemi
żeby mi stopy wrosły w nią
w powietrze bez barwy
ale zbrakło mi drogi
po tej garści ziemi

Kiedyś w oczach pewnej kobiety
spotkałem gwiazdy w jej niebie
migotały uroczo
złudnie
potem nauczyłem się
że prawdziwy płomień skrywa tak
przed wiatrem który zazwyczaj
sieje niepogodę

Teraz skrzydła chcę się chwycić
z rąk nie puścić
imać się tylko wrastania
i lotu z nią przez nasze istnienia
ciągle trochę osobne

Nie dać się zwieść
obrotom rzeczy
łapczywym zachłannym
nieuważnym




niedziela, 28 listopada 2010

wiersz o nadziei









Wszystkie zegary świata są sfałszowane
jak więc mam nakręcić
swój zegar odwagi
by odróżniał czas ode mnie

Dzień i noc są bez miary
morza za morzami
klucz roztopił mi się w dłoni
ten do nakręcania
trzeba więc fałsz uczciwie sfałszować
a nawet ponad miarę

Jestem na wietrze
jakby promień z czerni
złamany chłodem szkła
chłodem okien i witraży
chłodem klepsydry
kawałek żelaza w legendzie rdzy
toczony ze wzgórza
w cień doliny
zawiany śladem łez
po brzeg wypełniony oczekiwaniem
przeszłego jutra

Po wszystkie czasy
przeniknie udziwniony świat
moja zwyczajność
broń przed sobą
i przed fałszem przenicowanym na wszystkie strony
fałszywego czasu
więc niech cholera weźmie
i niech piorun strzeli
i niech nas Bóg zwykłości strzeże
Bóg od zwyczajnych poruczeń
ten nieobecny

Mnie przed oszalałym biczem z piasku
niech strzeże
bo we mnie ziarna piasku
te do chodzenia
i czerń w porywach wiatru
jeszcze promienieją
na moim prawdziwie bezkresnym niebie