Skrzaty leżały za łóżkiem jak popadnie. Zapytałem od niechcenia: - Co u was? - Co się przewróciło, niech leży. - Odparły chórem. - Jedź na Lofoten Islands. - Aha - stwierdziłem.
Hieronim Korcz wracał autem do domu, było nieznacznie po północy. Za zakrętem mało ruchliwej drogi strzelił mu w oczy trójkąt i kamizelka faceta zmieniającego koło. Facet był w kamizelce, tylko, i elementy odblaskowe świeciły tak samo raźno jak jego goła dupa.
Hieronim Korcz zatrzymał się, uchylił okno i pyta:
- Panie, może pomóc? - Jego wyjazd przedłużył się nieco i trwał dwa dni, toteż Hieronim Korcz kupił sobie nowe gacie, ale tamte były OK, troszkę tylko przepocone. Facet wyprostował się i rzekł uśmiechnięty całą gębą:
- Bardzo dziękuję, nie trzeba. - Hieronim Korcz ruszył nieco ekspresyjnie i nastawiając muzykę, pomyślał (z pewną odrazą), że Bóg jest Sprawiedliwy, nie poskąpił tamtemu facetowi wyłącznie rozumu.
Byka widzieć oznacza to samo, co widzieć węża. Węża widzieć oznacza to samo, co widzieć konia. Konia widzieć (jeśli śni kobieta) oznacza to samo, co widzieć zwierzęta. Zwierzęta widzieć oznacza to samo, co zapalić zapałki. Zapałki zapalić oznacza stosunek seksualny.
Hieronim Korcz zgubił muchę. Taką normalną muchę, do koszuli i garnituru, ciemnozieloną.
Zrazu zajrzał do jednej szafy, potem do drugiej, oczywiście obejrzał także zawartość szuflad, nawet tych z bielizną. Bez rezultatu. Stanął nieco bezradny na środku pokoju, spojrzał na zegarek. – Miał jeszcze troszkę czasu, postanowił więc rozpocząć poszukiwania systematycznie.
W zamrażarce znalazł zapasowe okulary do czytania, nawet się ucieszył. W szafce w kuchni, tej z mąką, kaszami, ryżem, makaronami i takimi tam – malutki śrubokręt krzyżakowy, a już miał kupić nowy. Pod stertą gaci list, którego szukał od jakiegoś czasu, żeby odpowiedzieć. W garażu w bagażniku auta łopatę, wtedy rzekł:
- Hm.
Był koniec maja, śniegi jakby już spłynęły; ostatnio szukał jej w ogrodzie. Olśniło go. - Może poszukać w ogrodowej skrytce na narzędzia? Spojrzał jednak na zegarek i dał spokój.
Hieronim Korcz wrócił do punktu wyjścia, pokręcił się trochę bez sensu, chyba w kółko, po czym lekko oklapł. Nieco zdesperowany zmienił garnitur, pośpiesznie zawiązał krawat, w kolorze matowego ciemnego złota i ruszył szparko do garażu, jak na niego, to niemal pędem. Był już zauważalnie spóźniony.
Hieronim Korcz miał problem. Zaparzył więc herbatę i wygodnie usiadł w fotelu by pomyśleć.
Otóż było to tak: Hieronim Korcz kupił kotu dwie puszki żarcia. Obie whiskas z wołowiną - z tej samej półki w tym samym sklepie, co oczywiste. Kiedy wrócił do domu, kot jak to kot, podniósł larum, że głodny. Hieronim Korcz mało orła nie wywinął, tak upierdliwie pętał się mu między nogami.
Nałożył kotu karmy do miski i zadowolony, że nic już nie musi, przebrał się pośpiesznie i uwalił na kanapie z głupawym grymasem na twarzy. Niebawem kot wskoczył mu na głowę i zaczął lizać po nosie tym swoim językiem jak papier ścierny. Hieronim Korcz zmiótł bydlę z siebie zdecydowanym gestem, a bydlę się rozdarło i najeżyło.
Wstał i poczłapał zobaczyć w czym rzecz. Żarcie w misce było nietknięte. Opróżnił miskę do kosza, otworzył druga puszkę i nałożył z niej troszeczkę karmy, dał kotu. Kot zeżarł w kilka sekund i chciał więcej. Nałożył mu więc z pierwszej. Kot nawet nie podszedł powąchać. Nałożył z drugiej, kot wciągnął w kilka sekund. Potem mu się puszki pomieszały i na nic okazało się wąchanie i oglądanie.
Hieronim Korcz powiedział: - Uch.
Postanowił przeprowadzić eksperyment podejrzewając że świat dostał kota. Dał Norbertowi, chomikowi, dwie marchewki naraz. Norbert schrupał kawałek jednej, potem kawałek drugiej i schował się u siebie.
Następnie Hieronim Korcz zrobił sobie dwie kromki chleba z białym serem i miodem. Obie smakowały tak samo.
Kot siedział na środku pokoju i patrzył. Wtedy właśnie Hieronim Korcz zaparzył herbatę i usiadł wygodnie w fotelu aby wszystko przemyśleć. Niebawem jednak zasnął.
Zbudził się tak ścierpnięty, że nie mógł zrobić kroku i w ogóle miał przez to wiele w odrętwiałej dupie, w tym chorego na koci mózg kota. Wzruszył ramionami i ostrożnie, na "drewnianych" nogach, przemieścił się do sypialni.
O 6 post meridiem miał być koniec świata. Hieronim Korcz za dziesięć szósta wystawił leżak na taras, przyniósł butelkę wina i kieliszek, uwalił się na leżaku i czekał, spodziewając się jakichś ekscytujących zdarzeń, np. błysków w chmurach, trąb z nieba, wyłażących z ziemi gromadnie robali i narodzin wulkanu za ogrodowym płotem, u sąsiada.
Po trzecim kieliszku Hieronim Korcz zrobił się senny i zasnął. Obudził się szczękając zębami z zimna, była noc. Świat istniał odpychająco zwyczajnie, zdał sobie sprawę, że jego koniec nie śnił mu się nawet. Masywnie zdegustowany dopił wino i gdy już zamierzał udać się do sypialni, na niebie pokazała się spadająca gwiazda. Hieronim Korcz, jak był nauczony, pomyślał życzenie. Chciał, żeby ten koniec świata jednak nastąpił, właśnie teraz. Ponieważ jednak było dość chłodno, nie czekał, wrócił do domu.
Po drodze pomyślał, że jego życzenie jest głupie. Zdejmując kapcie zerknął bezwiednie na leżący na stoliku stosik rachunków do zapłacenia i zrozumiał, że to on, Hieronim Korcz, jest ostentacyjnie głupi. Do dupy z końcem świata, powinien był życzyć sobie podwyżki.
Zaszkliły mu się oczy, machnął ręką i zrezygnowany położył się do łózka w skarpetkach.
Na świecie jest zimno, poranki są chłodne! Jest za wiele obojętności, nienawiści i wojen, za mało ciepła i miłości. Trzeba się przytulać, czulić i kochać! - Zakrzyknął generał Bubalus, Bubalus Najwspanialszy, wylewając o świcie wiadru wody ze studni na łeb.
Hieronim Korcz obudził się o brzasku. Był bez miary rozczarowany sobą, bo w zasadzie nie obudził się, a obudził go ból głowy. Przykry, świdrujący, kłujący. Niechętnie wstał, poczłapał do łazienki i połknął dwie aspiryny. Potem położył się, zamknął oczy - i tak miał w nich mroczki - postanowił jeszcze zasnąć, bo pora była nieludzka. Nawet udało mu się, ale we śnie śniło mu się, że cholernie boli go głowa i niebawem zbudził się zlany potem.
Poszedł do kuchni, zrobił kawę i usiadł przy stole. Za oknem lało jakby właśnie zaczynał się potop; każda kropla uderzająca w parapet była jak cios młotkiem w jego obolałą głowę i duszę. Hieronim Korcz zaczął zaciekle kląć w twardym języku, cicho i nieustępliwie. Po pół godzinie zmęczył się, wrócił do sypialni i zasnął twardo.
Sporą część minionego dnia drzemałem, chwilami zasypiałem. Teraz noc pewnie z moim snem spaceruje, bo noc piękna. Może więc to dobra okazja by napisać parę zdań, które powinny się tu znaleźć. Tym bardziej, że nie potrafię jak Freud myśleć o bólu jak o maleńkiej wysepce płynącej po oceanie obojętności. No ale doktor Freud miał szesnaście lat umierania pośród chyba ze dwudziestu operacji by na kilka dni przed śmiercią dojść do owej obojętności. Mam nadzieje, że będę mógł jeszcze choć po części tak odczuwać.
Jak jest widoczne we wpisach blogowych już parę razy nosiłem się z zamiarem zakończenia bloga albo zaprzestania w nim aktywności na nieokreślony czas. Porzucenia go. Nawiasem mówiąc w tym, w porzucaniu, mam chyba pewną wprawę.
Nie jest to proste ani łatwe jak się okazało, z paru dla mnie ważnych powodów. Choroba, która mnie niszczy jest trudna we współżyciu, zarówno dla mnie jak dla tych, którzy próbują mi pomagać. Jakby nie do końca przewidywalna w praktykowaniu starej maksymy – lekarzu lecz się sam! Nic to, w każdym razie kiedy już miało dalszego ciągu nie być, on następował.
Druga rzecz. Polubiłem te chwile pisania bloga. Żyjąc z rakiem doświadcza się narastającej samotności. Bezwzględnie narastającej. Z własnego wyboru, z wyboru innych ludzi, z wyboru bliskich. A jak mówią moi rodacy: Wszyscy niemi chcą dużo gadać. Blog jest w oczywisty sposób rozmową ze samym sobą, nie jest jednak mówieniem do siebie. Ta drobna różnica tworzy jakość, która dla mnie jest cenna.
A teraz – dlaczego o tym piszę.
Zaczynający się dziś tydzień stwarza mi szansę na pewne rozstrzygnięcia. Może się to skończyć moją nieobecnością na blogu w czasie nieokreślonym albo nieobecnością w innym wymiarze. Hm, także w czasie nieokreślonym. W tym jest jeszcze kwestia lęku. Nie ma wszak ludzi nie odczuwających strachu, nie ma też ludzi, którzy radzą sobie z nim zawsze.
Ponieważ było głośno skrzaty oświadczyły: Jak już pomylicie wszystkie stalaktyty ze stalagmitami, wszystkie Buenos Aires z Rio de Janeiro, wszystkich Neronów z Kaligulami a Haiti z Tahiti to pamiętajcie że w Polsce Chopin jeszcze i zawsze. I bezwzględnie mówcie Albańczykom, że są starsi... wszystko jedno od kogo.
A teraz dajcie nam spać bo przestaniemy w was wierzyć.