Hieronim Korcz miał pewien problem z landrynkami. Z takimi normalnymi owocowymi landrynkami. W zasadzie to nie miał problemu o ile nie zauważać cienia, którym się kładły, landrynki. Otóż lubił je pasjami, ponieważ jednak borykał się z cukrzycą w zasadzie były mu one zabronione. Dlatego trzymał je z zamkniętym pudełku i zawsze podjadał najpierw te żółte – lekko kwaśne, potem zielone, następnie pomarańczowe, fioletowe a czerwone – te najsłodsze - na końcu kiedy już nie miał żadnego wyboru. Białe wyrzucał do kosza z pewną dumą.
Zawsze też zjadał jedną landrynkę. Drugą ewentualnie dyskretnie i w pośpiechu wychodząc z domu, gdy cofał się po nieopatrznie pozostawione klucze do auta. Działo się to tak szybko, że się w zasadzie nie liczyło.
Owszem, Hieronim Korcz dostrzegał swoisty relatywizm w swoim postępowaniu, kładł się on cieniem, musiał to przyznać, jednak w końcu od jednej landrynki jeszcze nikt nie umarł. Poza tym uwielbiał swoją pogodę ducha a bez owocowych landrynek w jej miejsce stawały chmury ciemne jak zakrzepły ołów.
To zdanie przełożonego zmroziło Hieronima Korcza. Stał wyprężony przy biurku z obłędem w oczach i nie mógł sobie przypomnieć żadnej gry. Szef machnął ręką i oddalił się żwawym krokiem.
Hieronim Korcz po pewnym czasie, kiedy ochłonął, zrozumiał, że musi zagrać, zagrać w cokolwiek, zagrać o honor.
Wracając z pracy nadłożył nieco drogi i w spożywczym na rogu kupił los zdrapkę za złotówkę. Miał nadzieję, że w tamtej okolicy nikt go nie zna.
W domu Hieronim Korcz jak zwykle włożył stalowoszare flanelowe spodnie, burgundowy sweter, zaparzył herbatę i był przez kilka chwil szczęśliwy. Włożył nawet do odtwarzacza nową płytę Katie Melua i zjadł herbatnika. Postanowił kupionego losu jakiś czas nie sprawdzać, niech starczy go na jak najdłużej. Hieronim Korcz nie był rozrzutnym człowiekiem. Uratował honor.
Hieronim Korcz piekł ciasto. Nic w tym nadzwyczajnego, był poniedziałek i jak w każde poniedziałkowe popołudnie nudził się nieznośnie. Przełożył ciasto do formy. Wszystko musi mieć formę. Odruchowo spojrzał w lustro, pomyślał - GMO i skromnie odwrócił wzrok. Jego forma zwyżkowała.
Hieronim Korcz włożył formę z ciastem do piekarnika i zamyślił się. Po pewnym czasie zawyrokował, że najlepszą formę uzyskuje się po pięćdziesiątce i poczłapał chyżo do barku.
Kiedy forma osiągnęła szczyt Hieronim Korcz wyjął ciasto z piekarnika. Miało dużą dziurę w środku. Próbował ja czymś zatkać ale mu nie wychodziło a w zasadzie właśnie wychodziło, dał więc spokój.
Generalnie ciasto, jak każde ciasto Hieronima Korcza przypominało stary piernik, toteż wiedział, że zanim je zje do końca będą go bolały zęby ale nie przejmował się tym nic a nic, był przyzwyczajony a także bardzo dzielny.
Hieronim Korcz nie był orłem jeśli chodzi o wzrok, czasami nie dostrzegał różnych rzeczy, można by rzec – nagminnie, miał także szereg innych wad, z którymi próbował się nie afiszować, co wprawiało go w pewne stałe napięcie. Jako dzieciak w czasie zabawy w Indian Hieronim Korcz zawsze pragnął być Sokolim Okiem ale był Garnkiem. Dlaczego Garnkiem? A któż to wie, to było bardzo dawno temu. Pomimo wszystko jednak na tyle krótkowzroczny, żeby kupować białą bieliznę nie był. Bielizna ogólnie rzecz ujmując jest passé - uważał Hieronim Korcz, tym niemniej wolał chodzić w gaciach niż bez, na wszelki wypadek.
Biała bielizna nie konweniowała z kolorem jego skarpetek i krawata, i w sposób oczywisty była niepraktyczna. Hieronim Korcz rozważnie dobierał kolor, wszak chodziło o jego samopoczucie, poza tym rzadko kupował bieliznę. Choć wzbudził spore zainteresowanie w sklepie dobierając spodenki do krawata, był wytrwały. Nawykł w pewien sposób do tego, że wzbudza zainteresowanie. Zdecydował się na zielone, bardzo miły odcień zieleni, podobny podkoszulek. Hieronim Korcz zapłacił i wyszedł ze sklepu nieco spocony, z lekko drżącymi dłońmi ale bardzo, niezwykle zadowolony. Hm, jeśli pozostać w prawdzie i nie fabularyzować, to zapłacił, rzekł cichutko - uf - i nie wyszedł a czmychnął.